Mój świat składał się z prostych faktów: mam dwadzieścia trzy lata, studiuję zaocznie, a pięć dni w tygodniu pakuję pudełka w magazynie wielkiej sieci handlowej. Moje życie mierzy się paletami i godzinami nadliczbowymi. Marzenia? Odłożyłem je na później, na „jak się ustabilizuję”. Aż do czasu, gdy „później” wydało mi się pojęciem tak odległym jak lot na Marsa.
Pewnego wieczoru, po dwunastu godzinach dźwigania, siedziałem na łóżku w wynajmowanym pokoju. Moi znajomi pisali o imprezach, wyjazdach, nowych fryzurach. Ja miałem obolałe plecy i pusty portfel do 10-go. Czując tę gorzką bezsilność, odblokowałem telefon. Przewijałem bezmyślnie social media. Wyskoczyła mi reklama – nie wiem nawet czego. Kliknąłem, żeby zamknąć, ale trafiłem w złe miejsce. Przekierowało mnie na stronę do pobrania aplikacji. Jakaś gra? Kasyno? Nie wiem. Miałem zamknąć. Ale wtedy przeczytałem hasło: „Zabierz swoją przygodę ze sobą”.
Przygoda. To słowo zabrzmiało jak żart. Moją jedyną przygodą było dzisiaj znalezienie wolnego wózka widłowego. Ale to „ze sobą” jakoś do mnie trafiło. Bo wszystko, co miałem wartościowego, mieściło się ze mną – w tym pokoju, w plecaku, w telefonie. Pomyślałem: a co mi tam. Pobiorę tę apkę. Zajrzę. Tak, z ciekawości totalnego laika. Pobieranie nie trwało długo. Logo było nieskomplikowane. vavada kasyno app – taki był tytuł pod ikonką.
Otworzyłem ją. Interfejs był intuicyjny. Założyłem konto, podając podstawowe dane. Dostałem jakieś darmowe spiny w prezencie. Pomyślałem: zagram, stracę te wirtualne żetony i pójdę spać. To był mój bunt. Nie na ulicę, nie na imprezę. Mój bunt to miało być stracenie czegoś, czego i tak nie miałem.
Wybrałem pierwszy z brzegu automat. Motyw: latanie. Samoloty, chmury, niebo. To było tak odległe od mojej rzeczywistości, że aż bolesne. Zacząłem te darmowe spiny. Pierwsze – nic. Drugie – nic. Standard, pomyślałem. Już chciałem zamknąć aplikację, gdy przy trzecim spinie na ekranie pojawiły się trzy symbole złotego samolotu. Rozległ się dźwięk silników odrzutowych, który aż przycisnąłem głośność w telefonie, żeby nie budzić współlokatora.
Wjechałem w bonus. Ekran zmienił się w kokpit. Miałem prostą grę: lecisz przez tunel chmur, a każda chmura to nagroda lub mnożnik. Moje spracowane palce, przyzwyczajone do chwytania pudeł, niezdarnie klikały w ekran. Leciałem. Pierwsza chmura: mała wygrana. Druga: mnożnik x2. Trzecia… uderzyłem w coś, co wyglądało na burzę. Ekran zaiskrzył, a licznik nagród, który do tej pory leniwie rosnął, oszalał.
Skakał w górę jak szalony. 100 zł, 500, 1000, 3000… Patrzyłem na te cyfry jak na odczyty z innego świata. To nie mogło być prawdziwe. To była gra na telefonie, którą ściągnąłem z nudów. Licznik zatrzymał się na 6 850 złotych. Prawie siedem tysięcy. Mniej więcej tyle, ile zarabiam na dwóch wypłatach. Za trzeciego darmego spina.
Poczułem suchość w gardle. To nie była radość. To było zdumienie tak gwałtowne, że aż fizyczne. Wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Na zewnątrz było ciemno, widać było światła magazynu, w którym pracowałem. Patrzyłem na nie, potem na telefon. Te dwa światy nie mogły się spotkać. Jeden z nich musiał być fałszywy.
Wtedy obudził się we mnie instynkt sceptyka. Oszustwo. Na pewno. Te pieniądze są wirtualne. Nie da się ich wypłacić. To pułapka. Postanowiłem to sprawdzić natychmiast, żeby się nie łudzić. W aplikacji znalazłem zakładkę z wypłatami. vavada kasyno app miała prosty formularz. Wpisałem numer swojego konta – tego samego, na które przychodziła pensja z magazynu. System poprosił o weryfikację. To był moment prawdy. Jeśli tu jest haczyk, to teraz się ujawni.
Zrobiłem selfie z dowodem osobistym. Czułem się przy tym głupio. Jakbym brał udział w jakiejś kiepskiej szpiegowskiej grze. Wysłałem. Pojawił się komunikat: „Weryfikacja w toku”. Po piętnastu minutach: „Zweryfikowano pomyślnie”. Mógłbym teraz złożyć wniosek o wypłatę. Wstrzymałem się. Pomyślałem: co jeśli to jednak prawda? Co jeśli jutro obudzę się i te pieniądze faktycznie będą na koncie?
Nie spałem tej nocy. Leżałem i patrzyłem w sufit. Siedem tysięcy. Za lot przez chmury w telefonie. To był absurd kosmicznych rozmiarów. O szóstej rano, zanim poszedłem na zmianę, sprawdziłem telefon. Był e-mail: „Twoja wypłata została przetworzona”. O dziewiątej, w przerwie na magazynie, ukradkiem sprawdziłem aplikację bankową. Odświeżyłem saldo.
I zobaczyłem to. Wpływ. 6 850,00 PLN. Stałem przy taśmie, w hałasie i kurzu, z otwartymi ustami. Wrzucający pudełka obok mnie, stary Janusz, trącił mnie: „Hej, śpisz stojący? Rusz się!”. Odwróciłem się do niego. Musiałem wyglądać dziwnie, bo spytał: „Co się stało? Wygrałeś w totka?”. Pokiwałem tylko głową, niezdolny do słowa. „Coś w tym stylu” – wykrztusiłem.
Co zrobiłem z tymi pieniędzmi? Nie kupiłem niczego spektakularnego. Najpierw opłaciłem zaległy czynsz za dwa miesiące. Potem kupiłem sobie porządne, antypoślizgowe buty do pracy. A resztę… resztę przeznaczyłem na coś, co nie miało związku z moją codziennością. Wykupiłem kurs. Nie językowy, nie na prawo jazdy. Kurs szybowcowy. Dla początkujących. Zaczyna się w maju.
Kiedy teraz patrzę na te wszystkie boxy, które pakuję, myślę sobie, że w jednym z nich, zupełnie przypadkiem, zapakowałem coś innego. Swoją zmianę. Nie stałem się bogaty. Stałem się… inny. Zrozumiałem, że czasem trzeba pozwolić sobie na jeden, głupi, przypadkowy ruch. Kliknąć w reklamę. Pobrać apkę. Zrobić spin. Nie po to, by uciec od życia, ale by przypomnieć sobie, że życie to nie tylko magazyn i data wypłaty.
Aplikację vavada kasyno app usunąłem tydzień później. Nie dlatego, że była zła. Dlatego, że spełniła swoją rolę. Była bramą. Moim prywatnym wehikułem. Teraz czekam na maj. Na mój pierwszy, prawdziwy lot. Wiem, że to nie to samo, co pixelowy samolot w telefonie. Będzie trudniej, straszniej, bardziej realnie. Ale to będzie mój lot. Opłacony przypadkiem, który przydarzył mi się pewnej bezsennej nocy, gdy jedyną przygodą, na jaką mogłem sobie pozwolić, był ekran telefonu.
